Były zawodnik m.in. Kolejarza Opole, obecnie mechanik i opiekun Stevena Mauera – Piotr Rembas na łamach „Tygodnika Żużlowego” wspomina czasy spędzone w Opolu, opowiada o motywach, którymi się kierował, kończąc karierę żużlowca oraz o swojej współpracy z Frankiem i Stevenem Mauerami.

– Jak z perspektywy czasu wspominasz swoją żużlową karierę?

– Moja przygoda z żużlem dostarczyła mi sporo wspomnień. Z pewnością była to fajna przygoda. Niczego nie żałuję. Przyszedł jednak czas, by zawiesić kewlar na kołku i zająć się czymś innym. Kilka lat temu zdecydowałem się na ten krok.

– Nie żałujesz podjętej decyzji?

– Nie. To, co miałem objechać – objechałem. Nadal jestem przy żużlu, pomagam młodemu zawodnikowi Stevenowi Mauerowi i teraz od niego oczekuję jak najlepszych wyników.

– Co zdecydowało o tym, że zakończyłeś swoją karierę?

– Przede wszystkim niewielka ilość spotkań, w których wówczas występowałem. A jak już dostawałem szansę, to nie zdobywałem też wielu punktów. Gdybym osiągał w każdym spotkaniu powyżej dziesięciu „oczek”, to pewnie bym nadal chciał jeĽdzić. Moje nie najlepsze wyniki miały swoje konsekwencje w tym, że znowu nie byłem powoływany na mecze i koło się zamykało. Szukałem różnych okazji do startów, do odbudowy formy, ale z sezonu na sezon tych dodatkowych okazji było coraz mniej. Zdecydowałem, że nie ma sensu kontynuować jazdy, kiedy zaprezentować się mogłem jedynie kilka razy w ciągu roku. Gdy zawodnik przegrywa rywalizację, to powstaje ogromna niechęć do tego sportu. Trudno uciec od myśli o tym, co będzie dalej, jak wyjść z tarapatów. A z drugiej strony pojawia się poczucie bezsilności, bo nie wszystko w tym sporcie jest zależne od samego zawodnika. Ja nie chciałem robić niczego na siłę. Na żużlu jeĽdziłem dwadzieścia lat. Miałem już swoje „pięć minut”, które niestety minęło. Byłem dojrzałym zawodnikiem, kiedy kończyłem karierę.

– Czy utkwiły ci w pamięci jakieś szczególne zawody, do których wracasz najchętniej?

– Nie, nie mam szczególnych momentów, które utkwiły by mi w pamięci. Moja kariera, czy może lepiej – przygoda – żużlowa nie obfitowała w szczególne osiągnięcia, chociaż niejednokrotnie przeżywałem szczęśliwe chwile, kiedy zdobywałem dla moich drużyn sporo punktów, czy też dobrze prezentowałem się w różnych turniejach. Z tych mniejszych osiągnięć się cieszę. Także z tego, że zakończyłem swoją jazdę jako zdrowy zawodnik.

– Najlepszy okres w twojej karierze przypadł na lata, kiedy startowałeś jako junior. Zdobyłeś wówczas medale m.in. w rozgrywkach o drużynowe mistrzostwo Polski, czy mistrzostwo Polski par, awansowałeś do finałów Brązowego i Srebrnego Kasku, a także do finału młodzieżowych mistrzostw Polski. Co się zdarzyło w twojej karierze, że kończyłeś ją w najniższej lidze?

– W okresie młodzieżowym reprezentowałem klub z Gorzowa. W ostatnim sezonie, w którym startowałem jako junior, zmieniłem jednak otoczenie, przeniosłem się ze Stali do Orła ŁódĽ. Odtąd coraz więcej jeĽdziłem na torach drugoligowych. W żużlu tak jest, że ciężko wrócić do wyższej ligi zawodnikowi, który zdecydował się na starty w drugiej lidze. Ja jednak nie żałuję lat spędzonych w klubach z niższej ligi, po prostu, tak się potoczył mój sportowy los. Nie każdy może zostać mistrzem świata.

– Aż pięć lat spędziłeś w Kolejarzu Opole w czasie, kiedy wiele się mówiło o nienajlepszej atmosferze w tym klubie. Jak to wyglądało z perspektywy zawodnika?

– Nie uważam, że atmosfera w Opolu w czasie, kiedy tam jeĽdziłem była jakaś szczególnie fatalna. Wiadomo, że nie spełniliśmy stawianych przed nami oczekiwań, czyli nie wywalczyliśmy awansu. Nie było więc euforii. Kiedy nie ma wyniku, na który wszyscy czekają, to i atmosfera nieco się pogarsza. W Opolu jednak bardzo wiele krytycznych opinii było niepotrzebnie „nadmuchiwanych” przez różne osoby obserwujące sytuację „z boku”. Między innymi w Internecie rozsiewane były plotki, które docierały do działaczy oraz zawodników i zupełnie niepotrzebnie niszczyły klimat wokół opolskiej drużyny. Jeśli zaś chodzi o moje występy w barwach Kolejarza to raz były one lepsze, innym razem gorsze. W sporcie nie zawsze można wygrywać. Ogólnie jednak to dobrze wspominam czas spędzony w Opolu. Odszedłem do innej drużyny, nie kłócąc się z nikim. Atmosfera nie miała wpływu na moją decyzję.

– Obecnie pracujesz dla Franka Mauera, opiekując się karierą jego syna – Stevena.

– Steven Mauer to dziewiętnastoletni zawodnik. Można powiedzieć, że żużlowa przygoda jeszcze przed nim. Kiedy rozpocząłem pracę z tym zawodnikiem, nie prezentował się najlepiej. W ostatnim czasie poczynił jednak znaczne postępy. Wyciąga wnioski z każdego występu. Dysponuje też świetnie przygotowanym, szybkim sprzętem. Ma wszystko, czego potrzeba do rozwoju. Można powiedzieć, że wszystko jest w jego rękach – wyłącznie od niego zależy, czy osiągnie sukces, czy nie. Z pewnością obecnie nie jest tak dobry, jak niektórzy polscy zawodnicy w jego wieku. Do Pawlickiego, czy Dudka sporo mu brakuje, ale krok po kroku rozwija swoje umiejętności. Jeżeli będzie sukcesywnie pracował nad swoją formą, to przy zapleczu, jakim dysponuje z pewnością będzie miał szansę osiągnąć sukces.

– Jak doszło do twojej współpracy z Mauerami?

– Zupełnie przypadkowo. Po podjęciu decyzji o zakończeniu kariery, rozglądałem się za możliwością jakieś pracy związanej z żużlem. Dowiedziałem się, że w Niemczech Mauerowie szukają kogoś do pomocy. I wówczas nawiązaliśmy współpracę, która trwa już trzeci rok. Pracuję około 200 km od Gorzowa, dzięki temu mogę regularnie wracać do domu.

– Pewnie dzięki twojemu doświadczeniu łatwiej ci dotrzeć do młodego żużlowca.

– Zdecydowanie. Wiem, co zawodnik przeżywa, gdy mu coś nie wychodzi, albo przeciwnie – gdy wszystko dobrze się układa. Przez te trzy lata współpracy poznałem też Stevena i wiem, jak mogę do niego „podejść”, kiedy krzyknąć, kiedy go „pogłaskać”, a kiedy się wycofać. Ważne jest to, co zawodnik ma w głowie. Żeby był skoncentrowany, ale też żeby nie wywierał wzmożonej presji na samym sobie. Na etapie, na jakim jest obecnie Steven najważniejsza jest walka, nie musi być to walka zwycięska.

– Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁ: MAREK BODUSZ
Ľródło: „Tygodnik Żużlowy” 2014, nr 44.

Komentarze

komentarzy